Mungorepki raczej na pewno jeszcze nie jedliście. To jedna z moich ulubionych potraw: jest pieruńsko zdrowa, smaczna, bardzo pożywna, łatwa w przygotowaniu, a do tego wygląda kosmicznie!
Połączenie kalarepki z fasolką mung wydaje się z lekka dziwne i zaskakujące, ale jak już się dokona, to mamy poczucie, że inaczej po prostu być nie mogło. One są sobie przeznaczone i właściwie to ciężko zrozumieć, dlaczego nie wiedziałyśmy tego wcześniej.
Składniki (na ok. 2 porcje)
1 większa kalarepka lub 2 małe
ok. 2/3 szklanki fasolki mung
1 torebka kaszy orkiszowej (może też być jęczmienna lub ryż brązowy)
kurkuma
pieprz ziołowy
pieprz młotkowany z kolendrą
podlaska przyprawa dla wegetarian
Przygotowanie
Fasolkę namoczyć,
najlepiej na noc – będzie jej około dwa razy tyle, co na początku. Przepłukać i
zalać nową wodą: ponieważ nie będziemy odcedzać fasolki, wody powinno być tylko
trochę ponad poziom fasolki. Gotujemy, zbieramy pianę i czekamy, aż fasolka
będzie miękka, co zwykle trwa około 10 minut. Solimy odrobinkę pod koniec gotowania.
Następnie dorzucamy
obraną i pokrojoną w kostkę kalarepkę oraz przyprawy. Jeśli potrzeba,
to dolewamy nieco wody. Z przypraw
najważniejsza jest kurkuma – to ona nadaje kalarepce kosmiczny, żarówiasto
zielony kolor widoczny na zdjęciach. Kurkumy sypiemy dużo. Inne przyprawy są bardziej opcjonalne,
chociaż z pieprzu ziołowego bym nie rezygnowała, lubię też pieprz z kolendrą i
podlaską przyprawę dla wegetarian. Zanim odkryłam tę ostatnią, dodawałam
chińską przyprawę 5 smaków – chociaż z nią trzeba uważać, bo dominuje smakowo i można
łatwo przesadzić.
Fasolkę z kalarepką gotujemy
na małym ogniu kilka minut, żeby smaki się dobrze poprzenikały. Jak chcemy mieć
bardziej chrupką kalarepkę, to krócej, jak bardziej miękką – ciut dłużej.
Dorzucamy ugotowaną wcześniej kaszę lub ryż – i gotowe!
Można też oczywiście
kaszę lub ryż podać osobno, co jest bardziej eleganckie i mniej wiadrzyste, ale
zwłaszcza jeśli robiłyśmy jedzenie na dwa dni i odgrzewamy, wygodnie jest
wrzucić wszystko razem.
Jeśli nie wierzycie,
że to może być dobre, to powiem jeszcze, że potrawę tę testowałam na różnych
osobnikach – ze względu na prostotę przygotowania sprawdza się w sytuacji
wyjazdów – i wszystkim smakowało! Jadł to także – bez protestów! –
piętnastoletni syn mojej koleżanki, a nawet dziesięcioletni syn innej koleżanki,
a w tym wieku raczej człowiek nie bywa przesadnie kurtuazyjny.
Zatem do dzieła! Do
odważnych świat należy!


Komentarze
Prześlij komentarz